Gruzja

Zrobieni w konia…przez pół-dzikiego konia – przebiegłe ogiery z Udabno

Szamil, wesoły starszy Gruzin, siodła dwa pół-dzikie ogiery, leniwie zamiatające ogonami przy płocie jego posesji. Gestykulując, dynamicznie tłumaczy, że nie udało się pojmać trzeciej bestii, nie ma co wytrzeszczać oczu, są pół-dzikie. Nie powinniśmy się też dziwić, że pojedziemy sami, przecież jazda konno nie jest trudna, to tak jak codzienna jazda na rowerze – Szamil robi nam szybki kurs. Lejce w prawo, lejce w lewo, lejce do siebie i klepnięcie w zadek, czyli gaz. Gruzja nie przestaje nas, pedantycznych Europejczyków ze świata norm i regulaminów bezpieczeństwa, zaskakiwać.

Udabno – tzw. „lokalne atrakcje”

Shamil przygotowuje konie

By ukoić żal po właśnie straconej walizce, zdobyliśmy się na odrobinę ekstrawagancji i tak zwanego luksusu. Godzinna przejażdżka konno po stepach w Udabno nie należała do najtańszych miejscowych rozrywek, ale bezczynne leżenie w hamaku być może wzmogłoby “sukienkową depresję”. Nie ma potrzeby narażać się na ryzyko (o przygodach z walizką tutaj).

W Oasis Club wybraliśmy opcję przejażdżki z przewodnikiem za 100 GELków, wówczas około 150 PLN. Godzina luksusu miała swoją cenę. Jako “niekonni” musieliśmy dodatkowo wynagrodzić czułą opiekę eksperta w zakresie stepowego jeździectwa. Nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby pchać się w te stepy samotnie na stepowych koniach bez stepowego profesjonalisty.

„Self drive” konno na stepach

Mateusz i „niezatankowane” ogiery

W Udabno nie ma czasu na pośpiech, a w Gruzji nic nie dzieje się szybko, mimo że na pierwszy rzut oka zaprzecza temu ruch drogowy w Tbilisi, czy zachowanie co poniektórych (pseudo)kierowców, na co poniektórych drogach. Przekonaliśmy się o tym, zarówno korzystając z marszrutek, jak i w gabinecie Georgija, wypożyczając terenówkę (historie o Mitsubishi tutaj), czy próbując dojechać do Roshki, drogą, na której osiągnięcie prędkości 20 km/h stanowiło prawdziwy sukces i świadczyło o nieprzeciętnych umiejętnościach Kierowcy (historie jeszcze nieopowiedziane). Podobnie w Udabno, na stepowe ogiery musieliśmy troszeczkę poczekać; wszak nie są one w pełni udomowione i wcale nie muszą w danej chwili mieć ochoty na zawieranie znajomości z turystami z Polszy, czy wchodzić w rolę psychoterapeutów, kojących żal powstały na skutek właśnie poniesionych strat materialnych.

Po godzinie, a może nawet dwóch, otrzymaliśmy sygnał do wymarszu. Dziewczyna z farmy wskazała nam drogę do gospodarstwa przewodnika, który zgłosił gotowość do rozpoczęcia wycieczki. Szamil, wesoły starszy Gruzin, siodłał dwa pół-dzikie ogiery, leniwie zamiatające ogonami przy płocie jego posesji. Gestykulując, dynamicznie tłumaczył, że nie udało się pojmać trzeciej bestii – nie ma co wytrzeszczać oczu, są pół-dzikie. Nie powinniśmy się również dziwić, że pojedziemy sami, przecież jazda konno nie jest trudna, to tak jak codzienna jazda na rowerze – Szamil zrobił nam szybki kurs. Lejce w prawo, lejce w lewo, lejce do siebie i klepnięcie w zadek, czyli gaz. No i ponoć odpowiednio wypowiedziane “tsz-tszy” również działa motywująco i wzmaga współpracę między powożonym i jeźdźcem. Szeroki uśmiech Gruzina stanowił gwarancję sukcesu naszej przymusowej samodzielnej stepowej ekspedycji, a moja i Mateusza wiara w siebie nagle osiągnęły Himalaje. Pozostawieni na łaskę i niełaskę kasztanowego (jako dziecko byłam święcie przekonana, że na świecie istnieją tylko i wyłącznie kasztanowe konie) i białego ogiera wyruszyliśmy na “self-drive” w nie do końca znane.

Książę na białym koniu

Obraz dość groteskowy, Mateusz prezentował się na białym rumaku, na tyle dobrze, że po ponad 20 latach oczekiwań mogłam uznać moje marzenie o Księciu na białym koniu za spełnione, “Księżniczka” pozostawiała jednak wiele do życzenia. Krótkie spodenki zamiast seksownych bryczesów, plażowe japonki zamiast pełnowartościowych oficerek, do tego jakieś prowizoryczne ochraniacze na łydki, sprezentowane przez Szamila, nieład na głowie, brak makijażu – z tak ekstrawagancką aparycją ośmieliłam się wybrać na godzinną wycieczkę konno po “udabnieńskich” stepach…i zapewne dlatego “mój” koń wcale nie chciał kłusować, a nawet w ogóle ruszyć z miejsca. Jakby wyglądał na Instagramie z taką towarzyszką na grzbiecie?

–  Ani koń się zepsuł…nie chce jechać…tylko je – Mateusz słusznie zauważył, że wynajęto nam “niezatankowane” ogiery (nagranie klik); po nie-jeżdżącym Mitsubishi nie była to jednak szokująca nowość.

Rzeczywiście, kiedy tylko Szamil zniknął, gdzieś za murem swojego gospodarstwa, konie rozpoczęły swoją pół-dziką samowolę. Kilka kroków pokazówki, a potem nieoczekiwana przerwa na lunch. O ile jeszcze koń Mateusza momentami reagował na enigmatyczne “tsz-tszy”, mój kasztanowy ogier pozostawał niewzruszony na wszelkie formy werbalnej perswazji do chociażby stępu, a przecież nie naciskałam na galop czy cwał. Nie pomagało nawet głaskanie po grzywie. Jadł, jadł…i jadł, mając w nosie art. 355 Kodeksu cywilnego, stanowiący o należytej staranności w zakresie wykonywania umówionych usług, jak i całe prawo zobowiązań.

Godzinna przejażdżka po stepach zaczęła przeobrażać się w godzinną posiadówkę w towarzystwie skubiących trawę, niewzruszonych na nasze prośby ogierów…w pięknych okolicznościach przyrody. Mateusz nie poddał się jednak końskiej manipulacji, zsiadł z białego rumaka i zabrał nas wszystkich na spacer po okolicy – ku mojej uciesze i ku niezadowoleniu naszych “niezatankowanych”, czworonożnych towarzyszy, okazujących swoją dezaprobatę przeciągłym parskaniem. Oto dowody klik i jednocześnie mój ulubiony film z podróży.

To tak, jakby nie umieć jeździć na rowerze…

Shamil i Mateusz

Na tym komizm całej sytuacji jednak się nie zakończył. Szamil postanowił dodać jeszcze odrobinę pikanterii, nieoczekiwanie wkraczając, a właściwie wjeżdżając na arenę toczącej się akcji srebrnym hondopodobnym pojazdem zmotoryzowanym. Tym razem scena nieco przypominająca przejazd Rysia do PGR-u w “Pieniądze to nie wszystko”, oczywiście nie przesadzając z prędkością, a naciskając na krajobraz. Najprawdopodobniej Szamil zauważył dwie sieroty na środku stepów, nie dające sobie rady z obsługą gruzińskich “rowerów”. No nic, trzeba się udać z pomocą.

Sprawa się wyjaśniła, gruzińskie “ha!”, “juju!”, “tsiutsiu!” i inne trudne do wyartykułowania dźwięki, działały lepiej niż polskie “wio”, “wiśta” czy “prrrr”. Bariera językowa została przełamana – ogiery z Szamilem mogą rozmawiać, z nami niekoniecznie. Ostatecznie “zdaliśmy” gruziński egzamin na jazdę konno, ogiery zaprezentowały kłus,  a Mateusz został uhonorowany tytułem “good Pareń” – Udabno znowu zaczęło budzić nasze pozytywne emocje.

Wydaje się, że dla Szmila jazda konno była czymś tak normalnym, jak dla nas jazda na rowerze. W Gruzji nie spotkaliśmy, poza Tbilisi, rowerzystów, natomiast niemalże w każdej wiosce już mali chłopcy dosiadali dużo większych od siebie koni. Dlatego też Szamil wypuścił nas w stepy samotnie, nie martwiąc się czy nie zrobimy sobie krzywdy. Ucierpiały jedynie nasze pupy, a ogiery, nie chcąc ruszać z miejsca, być może wiedziały, jak komicznie będziemy wyglądać, kiedy zaczną kłusować…kto wie.

Author

anna.listwank@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *