Gruzja - off road - Ushguli
Gruzja

Wynajem samochodu w Gruzji – Łada Niva, Mitsubishi Pajero i Mitsubishi Delica – nasz gruziński tryptyk

Off-road Mitsubishi Pajero w Dolinie Truso (Truso Valley)

Z Mitsubishi Pajero nawiązaliśmy krótki, zaledwie czterodniowy, romans, chociaż, podług planom, związek miał trwać o wiele dłużej. Niestety od początku się nie dogadywaliśmy, a zawinili prawdopodobnie “lekarze”, ściślej Panowie Majstrzy. Najwierniejszą okazała się Delica – znacznie większa siostra Pajero, która trafiła się nam przypadkiem, żeby nie powiedzieć – przymusowo.

Off-road Mitsubishi Delica na gruzińskich stepach

Rent Auto Tbilisi ukryte jest nieopodal marszrutkowego dworca oraz stacji metra Didube w Tbilisi. Trzech Panów Majstrów siedzi na ławeczce w cieniu, obserwując leniwie czwartego, gmerającego w wnętrznościach nieco pokiereszowanego Mitsubishi. Na nasz widok wskazują palcem taras i solidne drzwi – “Boss” – podpowiadają. Wspinamy się po schodach i pukamy…

…ale od początku.

Łada Niva – poszukiwana. Dlaczego lokalna wypożyczalnia?

Łady, łady, wszędzie łady. Łada Niva w Stepancminda.

Podróż do Gruzji była spontanicznym pomysłem. Mieliśmy tylko miesiąc czasu, by wszystko zaplanować. Nie chcieliśmy być uzależnieni od marszrutek, ich tras, rozkładów i cen. Chcieliśmy podróżować i odkrywać sami, tradycyjnie, wypożyczonym samochodem. Na gruziński road trip we dwoje marzy się nam Łada Niva. Mateusz jest pasjonatem starych samochodów, a off-road “ładzianą” pozwoliłby jeszcze lepiej poczuć wschodni klimat. Rozpoczynamy szerokie analizy rynku wypożyczalni samochodów w Gruzji. Idealna powinna spełniać dwie przesłanki: w swej flocie posiada Ładę Niva i nie żąda depozytu blokowanego na karcie kredytowej, której nie mamy. Międzynarodowe: Europcar, Avis czy Hertz nie oferują w swej flocie ani jednej Łady Niva i od wypożyczającego żądają karty kredytowej, z marszu więc odpadają. Pozostaje nam szukać wśród “lokalsów”. Na jednym z forów trafiam na Rent Auto Tbilisi – możliwe, że tam uda się dorwać Ładę. Okazuje się jednak, że lista z dostępnymi pojazdami nie jest już aktualna. Mimo poszukiwań z najwyższą starannością, nie udaje się znaleźć wypożyczalni, która byłaby w stanie spełnić nasze marzenie. Pozostajemy przy Rent Auto Tbilisi, które oferuje przystępne ceny, nie wymaga karty kredytowej – depozyt w wysokości 100 $ należy uiścić w gotówce, a samochód wypożyczony w Tbilisi można zwrócić na lotnisku w Kutaisi. Na następcę łady wybieramy Mitsubishi Pajero – idealne na off-road po Gruzji na własną rękę we dwoje.

Nie ufaj Google Maps w Gruzji. O Panu z wulkanizacji i o autentycznej bezinteresownej gruzińskiej życzliwości.

Wysiadamy na stacji metra Didube i kierujemy się pod adres wypożyczalni wyznaczony przez Google Maps. Trafiamy na jakieś, o zgrozo, złomowisko, gdzie miejscowi ludzie w ogóle nas nie rozumieją i nie są w stanie wskazać, gdzie jest wypożyczalnia.

– To raczej na pewno nie tutaj, chyba nie zezłomowali w międzyczasie wszystkich samochodów – zastanawiamy się.

Poszukiwań nie ułatwia żar lejący się z nieba, brak znajomości języka rosyjskiego oraz brak możliwości wykonywania bezpłatnych połączeń telefonicznych na obszarze Gruzji – okazało się, że pakiet, który wykupiliśmy w Magti, pozwala tylko na bezpłatny dostęp do Internetu. Postanawiamy jeszcze popytać miejscowych, ktoś może zna wypożyczalnię. Trafiamy na wulkanizację i pokazujemy stronę internetową Rent Auto Tbilisi. Jesteśmy zaskoczeni – właściciel mówi po angielsku. Nie pyta, dlaczego nie zadzwonimy do wypożyczalni, od razu przejmuje inicjatywę, dzwoni sam i toczy ożywioną gruzińską dyskusję.

– Za chwilę przyjedzie po Was ktoś z wypożyczalni, w międzyczasie zaprowadzę Was do klimatyzowanego pomieszczenia, jest bardzo gorąco, czy chcielibyście coś do picia? – właściciel wulkanizacji zostawia nas w malutkim pokoiku. Nie dość, że nam pomaga, to jeszcze nie oczekuje nic w zamian.

Czekamy może 10 minut, kiedy właściciel wulkanizacji wraca do nas zniecierpliwiony.

– Za długo to trwa, zawiozę Was sam – oznajmia i zaprasza do swojego samochodu.

Szybko wypisujemy szczere podziękowanie na pocztówce z Krakowa i wręczamy ją właścicielowi wulkanizacji (jeszcze przed wyjazdem  pomysł z pocztówkami podsunęłam mi Zosia – koleżanka z pracy). Pan Gruzin szczerym uśmiechem dziękuje za kartkę i zawozi nas do wypożyczalni. Nie oczekuje nic w zamian. Autentyczna bezinteresowna gruzińska życzliwość faktycznie istnieje.

Kierownica po lewej, czy po prawej stronie? Pożyczamy samochód od Georgija w „Georgii”.

Mitsubishi Pajero dowiozło nas do Doliny Truso

Trzech Panów Majstrów siedzi na ławeczce w cieniu, obserwując leniwie czwartego, gmerającego w wnętrznościach nieco pokiereszowanego Mitsubishi. Jesteśmy na średniej wielkości parkingu otoczonym garażami. Na nasz widok Panowie Majstrzy wskazują palcem taras i solidne drzwi – “Boss” – podpowiadają. Wspinamy się po schodach i pukamy…wita nas Georgij – “son of the Boss” – i zaprasza do środka. Georgij studiował w Stanach Zjednoczonych i doskonale mówi po angielsku, wraz z Tatą prowadzą rodzinny biznes w Tbilisi. Pokój, w którym jesteśmy goszczeni przypomina jednocześnie warsztat mechaniczny, biuro i domowy salon. Siedzimy przy biurku na wprost Szefa – Taty Georgija. Za nami błyszczy duży plazmowy telewizor, w kredensach poukładane są pamiątki, w ramkach zdjęcia, po kątach widać samochodowe części. Otrzymujemy gorącą herbatę i przystępujemy do interesów. Georgij tłumaczy na bieżąco swojemu Tacie, w jakiej sprawie przybyli interesanci, i o co pytają. W Gruzji obowiązuje ruch prawostronny, ale często się zdarza, że w samochodach kierownica wcale nie znajduje się po lewej. W sprowadzanych z Japonii pojazdach kierownica umiejscowiona jest po prawej stronie i wielu gruzińskich kierowców w ogóle się tym nie przejmuje.

– Is a steering wheel on the right side? (Czy kierownica jest po prawej stronie samochodu?) – Mateusz pyta dosłownie,
– No, it is on the right side (Nie, kierownica jest po właściwej stronie) – wesoło odpowiada Georgij.

Na parkingu na zewnątrz czeka Mitsubishi Pajero. Faktycznie kierownica jest po właściwej stronie, po lewej. Panowie Majstrzy tłumaczą, że samochód jest bez zarzutu, że na lepszy nie mogliśmy trafić. Mateusz mimo tak solidnych gwarancji, przeprowadza szczegółową ekspertyzę – bieżniki tylnych opon są zużyte, a hamulce po odpaleniu piszczą niemiłosiernie. Georgij prosi Majstrów, by się tym zajęli, a nas zaprasza do podpisania umowy. Pajero odjeżdża w nieznanym kierunku, a my wracamy do klimatyzowanej siedziby Szefa. Wszystko odbywa się bez pośpiechu, wręcz z namaszczeniem. Zostajemy zapoznani z warunkami wypożyczenia. Wręczamy depozyt w gotówce, 100 $, zawinięty następnie w kartkę papieru A4. Powstała w ten sposób koperta zostaje podpisana moim imieniem i nazwiskiem. Starszy poważny Gruzin, Tata Georgija, wypisuje wszystkie dokumenty bardzo powoli, mam wrażenie, że kaligrafuje każdy wyraz. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że przecież w Gruzji obowiązuje zupełnie niepodobny do łacińskiego, unikatowy alfabet gruziński. Pisanie w obcym alfabecie sprawia Szefowi trudności. Wpatruję się zahipnotyzowana w każdą powoli stawianą literę. Jest w tym coś pięknego. Goergijowi zajęłoby to pewnie kilka minut, ale to ojciec jest głową firmy i chce aktywnie uczestniczyć w jej prowadzeniu. Może nie zna jeszcze języka angielskiego, nie może rozmawiać z klientami z zachodu, ale nauczył się alfabetu łacińskiego i stara się pisać jak najlepiej. Czuję, że to kolejny powód, dla którego warto było wybrać tę właśnie wypożyczalnię – dołożyliśmy swoją cegiełkę dla rozwoju lokalnej gospodarki, a wysiłki właściciela wypożyczalni, by otworzyć się na nowy rynek, zostały na swój sposób docenione – pozyskał nowych klientów.

Jak to się stało, że pożyczyliśmy w Tbilisi Mitsubishi Pajero, a w Kutaisi oddaliśmy Mitsubishi Delica?

Po godzinie Majstrowie wrócili z naszym świeżo wypożyczonym Mitsubishi Pajero. W międzyczasie do wypożyczalni zajechali klienci, którym w czasie jazdy otworzyła się maska, prawdopodobnie nie domknęli jej na stacji benzynowej. Mam nadzieję, że nas takie przygody nie spotkają. Zadowoleni z siebie Majstrowie przekazują nam kluczyki, wszystko powinno być już “perfecto”. Hamulce nadal niezmiennie piszczą, a bieżniki tylnych opon, cóż, nie zmieniły się od momentu trafienia pod czułą opiekę Majstrów. Obstawiam, że Panowie zrobili sobie rundę po Tbilisi, chociaż pewności stuprocentowej nie mam. Poza tymi dwoma mankamentami Pajero wygląda dobrze – błyszczy w słońcu, wewnątrz jest czyściutkie. Możemy ruszać do hostelu po nasze nieszczęsne walizy przetoczone przez pół Odessy, połowę Czarnomorska i połowę Batumi. Ufff…nareszczcie rozpoczynamy road trip po Gruzji 🙂

Mateusz cieszy się jak dziecko. Oczy mu błyszczą. Ruch w Tbilisi wcale go nie przeraża, wręcz przeciwnie, czuje się jak ryba w wodzie. Nieważne, że dookoła słychać klaksony, że co poniektórzy kierowcy ryją się jeden przed drugiego, jak tylko się da.

– Ania, to takie proste. Trzeba się po prostu wczuć. Wystarczy, że jeździsz tak samo bezczelnie, jak pozostali kierowcy.

Przyglądam się samochodom, które nas mijają. Niektóre bez zderzaków, niektóre z popękanymi szybami, bez szyb, z rozbitymi lusterkami, światłami obklejonymi taśmą, wariantów jest wiele. Z drugiej strony wiele pojazdów wygląda tak samo jak przeciętny europejski dwuślad. Wszyscy niezdecydowani, nadwrażliwi, nazbyt przepisowi zostają brutalnie strąbieni.

Z hostelu zgarniamy walizy i wyruszamy na słynną Gruzińską Drogę Wojenną, kierujemy się do Stepancmindy, by zobaczyć majestatyczne góry Kaukazu. Pierwsze 50 km mija bardzo przyjemnie, snujemy plany na temat wspaniałego kempingu z widokiem na góry. Nie wiemy jeszcze, że Mitsubishi Pajero przygotowało dla nas zupełnie inny scenariusz. W połowie drogi samochód przestaje się rozpędzać, nie może osiągnąć prędkości większej niż 20 km/h. Mateusz klnie na czym świat stoi, ja ze łzami w oczach zastanawiam się, jak można nam było wypożyczyć taki samochód. Jutro z samego rana chcieliśmy wyruszyć na trekking pod lodowiec Gergeti, a teraz okazuje się, że może nawet nie “dociągniemy” się do Stepancmindy. Przed nami kolejne serpentyny i żółwie tempo. Pocieszeniem są zapierające dech widoki. Do miasteczka docieramy przed godziną 22:00 i w ostatniej chwili rezerwujemy kwaterę przez booking.com. Nie ma szans, by w ciemnościach znaleźć dobre miejsce na pierwszy nocleg pod namiotem. Rano zadzwonimy do wypożyczalni.

7:00 rano – widok z prywatnej kwatery na Kazbek

O poranku Kazbek mówi nam „dzień dobry”. Dzwonimy do Georgija, żeby opowiedzieć o naszym nieszczęściu. Gruzin prosi, żeby posprawdzać przeróżne parametry. Po „wypełnieniu” całej „check listy” stawia diagnozę – trzeba zresetować samochód. Dla mnie to czarna magia, całą operację przeprowadza Mateusz. Udało się, Mitsubishi Pajero znowu się rozpędza, niemniej trzeba będzie je oddać do naprawy. Panowie Majstrzy chcą przyjechać do Stepancmindy i przywieźć nam samochód na zmianę, proszą, żeby zaczekać trzy godziny. Mówimy o naszym trekkingu do lodowca Gergeti, który i tak już znacznie się opóźnił. Ostatecznie decydujemy, że przez cztery kolejne dni będziemy resetować Pajero, kiedy zajdzie potrzeba, a ostatniego dnia, w drodze na południe na gruzińskie stepy, zahaczymy o Tbilisi i wymienimy samochód.

Stepancminda – Pajero zresetowane
Dolina Truso
Wioski w Dolinie Truso
Noc spędzona w Pajero. Kto rano wstaje, ten cyka zdjęcia zwiniętym w embrion śpiochom.

Po czterech dniach off-road’u po regionie Mccheta-Mtianetia w Tbilisi oddajemy Pajero, z łezką w oku, jako że zdążyliśmy się już do niego przywiązać. Przynajmniej ja 😉 W zamian otrzymujemy Mitsubishi Delicę – 7-osobowy terenowy bus z kierownicą…po prawej stronie :p Goergij nie ma akurat na stanie innych Mitsubishi Pajero – dostajemy więc darmowy „upgrade”. Delica towarzyszy nam już do końca podróży, wożąc nasze pupy po Dolnej Kartlii, Samcche-Dżawachetii, Imeretii, Megrelii i Górnej Swanetii.

Zachód słońca na gruzińskich stepach
Ibidem 🙂
Off-road w Swanetii – Ushguli
Noc z widokiem na Szharę – najwyższy szczyt Gruzji
Mazeri

Author

anna.listwank@gmail.com

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *