Gruzja

Gamardżoba! O tym, jak przywitało nas Batumi, i o przejażdżce gruzińską taksówką. Powrót na ląd.

Drzwi się nie domykają, w miejscu, gdzie powinnam odnaleźć pełnowartościowy pas, zwisa jego wspomnienie – kikut. Pan taksówkarz, leciwy dziadek, nie do końca jedzie w dobrą stronę, raczej zbacza z trasy, twardo zapewniając, że wszystko jest w porządku – przymusowy przejazd gruzińską taksówką staje się dla nas przygodą samą w sobie…za którą warto było przepłacić 😉 

Słów kilka o tym, jak przywitało nas Batumi.

W porcie życie toczy się powoli, bez pośpiechu – Panowie Wędkarze

W porcie w Batumi opuszczamy pokład promu Greifswald i żegnamy naszych nowo poznanych przyjaciół. Mimo że każdy rusza w inną stronę, spotkamy się jeszcze. Ja i Mateusz, eleganccy “suitpakersi”, wytaczamy nasze walizy na gruziński ląd i postanawiamy znaleźć dla nich schronienie na najbliższe kilkanaście godzin. Na pewno na dworcu autobusowym czy kolejowym jest przechowalnia, to dla nas takie oczywiste, jeszcze na pokładzie promu naszym oczom ukazało się miasto z budynkami o wyszukanej architekturze, migoczące wielobarwnymi instalacjami świetlnymi, nowoczesne. Pozbędziemy się na chwilę bagażu, spokojnie pospacerujemy po mieście, popływamy w morzu i potem złapiemy nocny pociąg do Tbilisi. Taki jest plan.

Widok Batumi z promu Greifswald

Gamardżoba! Dzień dobry Gruzjo!

Mapa pokazuje, że dworzec autobusowo-marszrutkowy jest blisko. Po drodze zatrzymujemy się w kantorze – Mateusz idzie wymienić pieniądze, ja czekam na zewnątrz z walizkami. Kiedy Mateusz wraca, zaczepia nas starszy Pan:

– Gamardżoba! – wiata gruzińskim “dzień dobry”.

Nie szkodzi, że nie znamy gruzińskiego, że ledwo potrafimy powiedzieć coś po rosyjsku, Pan, gestykulując, pyta nas skąd jesteśmy:

– ”Polsza” – odpowiadamy, a na twarzy Pana Gruzina maluje się szeroki uśmiech – wyraźnie cieszy się, że nas spotkał. Powtarza “Polsza” i wskazuje na serce. Mimo że nie rozumiemy języka, domyślamy się, że wita nas w Gruzji, że życzy nam wszystkiego dobrego, że życzy powodzenia. Rozstając się z nami, gestem przesyła buziaki.

–  Mateusz, to było takie szczere i miłe, bardzo ładne powitanie na początek! – zachwycam się.

Ruszamy dalej, na dworzec ukryty w okolicy portu. Nie jest to jednak dworzec z mojego wyobrażenia…

Poradzieckie ruiny, nowoczesna architektura, marszrutki i dwupiętrowe szybkie pociągi. Batumi – miasto kontrastów.

Na miejscu zastajemy zaniedbany, pamiętający czasy radzieckie budynek, w którym nie ma mowy o przechowalni bagażu.

– Może na dworcu kolejowym się uda – próbuję się pocieszyć, mając świadomość, że z walizkami, w tym moją z wyłącznie jednym kółkiem, nie ma możliwości swobodnego zwiedzania miasta.

Niestety budynek dworca kolejowego przy porcie jest zamknięty, a jego wygląd zewnętrzny nie daje nadziei, iż w ogóle jest tam możliwość przechowania czegokolwiek. By dotrzeć do centrum miasta, mijamy osiedla mieszkalne, również pamiętające czasy ZSRR – widok napawający raczej smutkiem, zdecydowanie kontrastujący z nowoczesnymi hotelami na wybrzeżu. Korzystamy z Maps.me w wersji offline i kierujemy się do biura informacji turystycznej. Chcemy dowiedzieć się czy istnieje jakakolwiek szansa na przechowalnię bagażu w Batumi. Mamy powtórkę z rozrywki w Czarnomorsku, gdzie przez 2 kilometry taszczyliśmy walizy do portu. Takie już z nas “turysty” 😉 Tym razem do piekącego słońca trzeba jeszcze dodać nierówne chodniki i gdzieniegdzie brukowane uliczki. Sprzęt kempingowy, który nie zmieściłby się do plecaków, a który planujemy przepakować do wypożyczonego w Tbilisi samochodu, znacznie nas spowalnia. W końcu w biurze informacji turystycznej bardzo uprzejma młoda dziewczyna pociesza nas, że jedyna przechowalnia znajduje się na dworcu kolejowym.

– Ale przecież my już byliśmy na dworcu kolejowym, był zamknięty.
– To stary dworzec, do nowego, na obrzeżach Batumi, jakieś 5 km od centrum, dostaniecie się marszrutką – dziewczyna podaje konkretny numer i wręcza nam mapkę z przystankami.

Już w Odessie odbyliśmy dziewiczy rejs marszrutką, więc orientowaliśmy się mniej więcej, jak wygląda system płatniczy w tego rodzaju środkach transportu. Wszyscy lokalsi znają cenę, nie ma potrzeby umieszczania w busie taryfikatora, a być może takowy istnieje, ale my nie znamy alfabetu, nie wiemy co pisze na tabliczkach, również tych wyznaczających kierunek linii. Na szczęście mamy mapkę i numer.

W marszrutce sami miejscowi z odliczoną kwotą w garści i my – żółtodzioby próbujące ustalić cenę przejazdu, podglądając dyskretnie jakie monety są wręczane kierowcy. Raczej nie zawrotne sumy, niewiele. Jest gorąco. W marszrutce “włączona” jest klimatyzacja, tzn. boczne drzwi otwarte są na oścież. Jedną ręką trzymamy się siedzenia, drugą każde trzyma swoją walizę. Hmmm…widać normy bezpieczeństwa, normami bezpieczeństwa, ale udusić się też nikt nie chce :p

Docieramy na wskazany dworzec kolejowy, płacimy na czuja, Pan Kierowca nie każe dopłacać. Duży nowoczesny budynek stanowi zupełne przeciwieństwo tego, co zobaczyliśmy w porcie. Udaje się nam ustalić, gdzie jest przechowalnia – ciemny pokoik – pan spisuje nasze dane paszportowe w niewielkim zeszyciku, płacimy w gotówce. Walizy odbierzemy późnym wieczorem. Ustawiam się w długiej kolejce do kasy biletowej – chcemy załapać się na nocny pociąg do Tbilisi. Po długim oczekiwaniu udaje się zdobyć bilety. Bez balastu ruszamy bliżej przyjrzeć się Batumi…

Panorama Batumi z plaży przy nowym dworcu kolejowym
Wizyta na lokalnym targu i nasze pierwsze czurczele (te zwieszone u góry kolorowe „ogonki”)

Zamawiamy chaczapuri adżarskie, dwie osobne porcje. Każdy region Gruzji charakteryzuje odmiennie przyrządzane chaczapuri – w Adżarii, której stolicą jest Batumi, jemy placek w formie łódeczki z serem i jajkiem na wierzchu. Mimo że Mateusz jest olbrzymim fanem sera, a ja olbrzymim łasuchem, nie możemy dojeść swoich porcji. W Gruzji nie oszczędza się na gościach, potrawy są duże i bardzo syte – następnym razem zamówimy jedno danie na dwie osoby.

Księgarnie w marinie
Promenada w centrum Batumi

Jesteśmy najedzeni, co daje zielone światło, by iść na spacer. Szybko przechodzimy przez upstrzoną palmami promenadę, przyglądamy się Wieży Alfabetu, budynkowi Uniwersytetu Technicznego, którego element stanowi złote młyńskie koło, mijamy Diabelski Młyn, sieci znanych hoteli, kasyna, kierujemy się ponownie w stronę portu. Chcemy zobaczyć zwyczajne miejscowe życie poza ścisłym centrum, dalej od turystów. Ekstrawagancka architektura szybko ustępuje miejsca poradzieckim widokom. Czujemy, że mieszkańcy wcale nie mogą pozwolić sobie na tak wystawne życie, jakie toczy się tuż obok przy plaży. Stare, betonowe blokowiska “ozdabia” jedynie wielobarwne pranie zwisające z okien. W jednej z osiedlowych uliczek zaczepia nas kolejny starszy Pan, pyta czy nie szukamy kwatery, pokazuje mały kluczyk. Gestykulując, tłumaczymy, że dziś opuszczamy Batumi. Pan pyta, czy może mnie uściskać i szybko przechodzi do czynu…Mateusz śmieje się i robi zdjęcia. W kolejnych uliczkach miejscowe sklepiki z towarem wszelakim, mężczyźni przesiadujący przy witrynach, kobiety spieszące z zakupami, w porcie wędkarze kontemplujący kończący się dzień. Robi się ciemno i centrum wybucha feerią barw. Instalacje świetlne przy promenadzie przyprawiają o zawrót głowy. Wracamy na plażę, by jeszcze chwilę popływać pod gwiazdami, potem musimy złapać wieczorną marszrutkę do dworca kolejowego.

Plażowanie i kąpiele w Morzu Czarnym

„Katilija” – przejażdżka gruzińską taksówką

Z żalem opuszczam cieplutką wodę Morza Czarnego. Sprawdziliśmy na mapce przystanek i numer marszrutki, chcemy mieć zapas czasu, by zdążyć na pociąg do Tbilisi. Na przystanku mija 10 min…i kolejne 10 min…no i jeszcze następne, dawno minął już czas odjazdu. Wprawdzie podjeżdżają kolejne busiki, ale nie nasz numer. Postanawiamy przejść na inny przystanek, gdzie sprawy wcale nie mają się jednak lepiej. Podjeżdżają do nas “taksówki”, swego rodzaju gruzińskie Ubery, próbując namówić na transfer. W nas wciąż tli się nadzieja, że marszrutka przyjedzie, przecież nie jest jeszcze aż tak późno. W końcu łamiemy się, kiedy zatrzymuje się przed nami kolejne “taxi”. Pokazuję kierowcy na mapie, gdzie chcemy dojechać i po rosyjsku pytam, ile to będzie kosztować. Pan woła 10 lari. Wsiadamy.

– Włączę lokalizację GPS i na Google Maps będę sprawdzać czy jedziemy w dobrym kierunku – wołam przez ramię do Mateusza, który zajmuje miejsce z tyłu, kiedy ja próbuję wygodnie umościć się obok kierowcy. 

Taksówka nie jest bynajmniej najnowszym modelem Mercedes’a czy Audi. Bezskutecznie próbuję zamknąć drzwi. Poddaję się. Będę je trzymać, żeby się nie otwierały. Odruchowo sięgam po pas i odkrywam, że w ręce dzierżę właściwie jego kikut, marną połowę, którą mimo wszystko udaje się jakoś zapiąć. Ruszamy. Pan Taksówkarz prowadzi nerwowo, prawie wymusza pierwszeństwo na skrzyżowaniu i zostaje brutalnie strąbiony za niegodziwy czyn.

– Przynajmniej jedziemy w dobrym kierunku – staram się szukać pozytywów, wyliczając je Mateuszowi.

Mój “optymizm” szybko jednak gaśnie, kiedy niespodziewanie zbaczamy z trasy. Daremnie próbuję zasugerować, że to chyba jednak nie ta droga, pokazując mapę. Pan Taksówkarz mruczy, że jedziemy w dobrym kierunku. Zatrzymujemy się przy nieco nowocześniejszym hotelu i kierowca woła lokaja. Po gruzińsku energicznie coś tłumaczy, nic z tego nie rozumiemy. Lokaj pyta po angielsku, gdzie chcemy dojechać. Tłumaczymy, że na dworzec kolejowy, i że już ustalaliśmy to wcześniej z Panem Taksówkarzem. Wszystko staje się jasne. Kierowca osiągnął swój cel – złowił klienta, którego za grosz nie rozumiał, po czym pojechał do znajomego lokaja, by dowiedzieć się, gdzie owy zdezorientowany klient chciałby dojechać. Na koniec poprosił lokaja, by wytłumaczył nam, że ponieważ zaszło nieporozumienie, cena wzrosła o kolejne 10 lari. Nie mamy siły się już nawet wykłócać, musimy zdążyć na pociąg. Na twarzy taksówkarza, dość leciwego dziadka, maluje się uśmiech, odpala papierosa i włącza radio, z głośników rozbrzmiewa radosne “Katilija” – nieznany wokalista w kółko śpiewa to samo, obce nam, słowo. Zrelaksowany Pan Kierowca odwozi nas na dworzec. Tak się robi interesy, nie znając języka przyjezdnych. Trzeba sobie radzić.

Pożegnanie z Batumi – czekamy na nocny pociąg do Tbilisi

Po przejażdżce samochodem z niedomykającymi się drzwiami, resztkami pasa dla pasażera i rozbitym lusterkiem bocznym, na dworcu przywitał nas “Shinkansen” do Tbilisi. Wygodny, dwupiętrowy, szybki pociąg Georgian Railway, szwajcarskiej produkcji, stanowił zdecydowane przeciwieństwo wysłużonych marszrutek i oryginalnych „taksówek”.

Nocny pociąg Georgian Railway z Batumi do Tbilisi

Kiedy pociąg ruszył, pozostawiliśmy za sobą Batumi pełne kontrastów. Batumi, które od strony morza przywitało nas pięknymi górskimi krajobrazami, migoczącą wieloma kolorami mariną, futurystyczną architekturą. Batumi, które od strony portu ukazało wciąż trudną sytuację mieszkańców, ludzi ciepłych i życzliwych, którzy próbują sobie radzić – nawet jeżeli dysponują tylko starym, nie do końca sprawnym samochodem, czy kwaterą, odstającą standardem od hoteli typu Radisson Blue, które licznie „zdobią” wybrzeże kurortu. Najpiękniejsze i najciekawsze wspomnienia pozostały właśnie na skutek spotkania z tymi „zwyczajnymi” ludźmi 🙂

Author

anna.listwank@gmail.com

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *